Dlaczego procesy toczą się tyle lat

Marek Koenner05 marca 20134 komentarze

Chciałem się podzielić moją diagnozą odnoszącą się do procesów cywilnych, a w szczególności dotyczy to procesów medycznych. Ostatnio wygłosiłem wykład na temat procedury dochodzenia roszczeń odszkodowawczych na GUMEDzie, co pozwoliło mi na zebranie przyczyn wpływających na czas trwania procesu. Jak sądzę, nie ze wszystkimi moimi opiniami się zgodzisz.

Na wstępie zaznaczę bowiem, że wcale nie jestem zwolennikiem sztucznego przyspieszania postępowania cywilnego. Do takich przyspieszaczy zaliczam te postępowania, które w założeniu miały doprowadzić do skrócenia procesów, jak następujące postępowania odrębne: nakazowe, upominawcze i uproszczone. Może jedynie postępowanie nakazowe spełnia założenia, gdyż nakaz zapłaty wydany w tym odrębnym postępowaniu może stanowić tytuł zabezpieczenia, a zatem doprowadzić do odwrócenia pozycji stron, jeżeli chodzi o aspekt ekonomiczny procesu. Ale na ten temat może innym razem.

Tutaj chcę podać przyczyny przedłużenia procesu i skrótowo je opisać.

1. Postępowanie dowodowe.

a. Świadkowie.

Wystarczy, że świadkowi coś wypadnie, a rozprawa spada z wokandy. I niezależnie od możliwości karania świadka za nieusprawiedliwione niestawiennictwo na rozprawie grzywną, a nawet możliwość doprowadzenia go siłą do sądu, nie zmienia to faktu, że postępowanie się przedłuża.

b. Biegli.

Temat rzeka. Najsłabsze ogniwo wymiaru sprawiedliwości. Samo poszukiwanie biegłego może okazać się zadaniem wielomiesięcznym. Później sporządzenie opinii. Jakość opinii. Słabe wynagrodzenia biegłych. To wszystko czynniki znacznie utrudniające osąd sprawny (co wcale nie znaczy szybki) i rzetelny.

c. Celowe działanie stron.

Proces opóźnić jest bardzo łatwo poprzez zwykłe zaskarżanie decyzji sądu. Przyspieszyć proces to prawie niemożliwe.

d. Brak właściwej organizacji pracy sędziego.

Cóż, zdarza się. Ale najczęściej decydujący jest system, o którym niżej.

2. System wyznaczania sal rozpraw.

Nie wiem, czy wiesz, ale polski proces toczy się, że tak to określę, nielinearnie 🙂 Oznacza to, że nie są zebrani wszyscy świadkowie na 3 dni, jak w amerykańskim procesie (mają też możliwość wzajemnej komunikacji na korytarzu sądowym). Po prostu sąd przesłucha 2 świadków, a za 3 miesiące na kolejnej rozprawie (o ile wszyscy się stawią) przesłucha kolejnych 3, potem skieruje akta do biegłego, a jak wrócą – wyznaczy termin za kolejne 2-3 miesiące itd. i w ten sposób rozpraw mamy 6, a proces toczy się 2 lata.

3. Istota procesu.

Na koniec jednak powiem coś na usprawiedliwienie naszego systemu i z czym na pewno się nie zgodzisz. Nie chodzi mi jednak o to, że uważam ten system za dobry. Problem polega na tym, że nigdzie nie ma dobrego systemu. Wszędzie proces sądowy oznacza czas i pieniądze. Dlatego w prawnej kulturze Zachodu, a w szczególności w kulturze anglosaskiej, tak rozwinięty jest system negocjacji przedsądowych.

Bo moim zdaniem lepszy sąd nierychliwy, ale sprawiedliwy. Każdy z nas wolałby być osądzonym w przedłużonym procesie, ale sprawiedliwie. I dotyczy to również procesów medycznych.

{ 4 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Katarzyna - Lekarz i Prawo Marzec 5, 2013 o 21:10

Czyżby Pan chciał zmienić profesję skoro stawia Pan diagnozę ? 😉
Ale:
1. a)wystarczy nie wzywać po jednym, 2 świadkach, a wezwać wszystkich/kilku – na termin. Jeżeli rozprawa rozpoczyna się o 9.00 to na tę godzinę nie wzywamy wszystkich świadków (którzy koczują potem pod salą rozpraw czekając na swoją kolej), a każdego np. co 30 min (na określoną godzinę).
b)najgorzej gdy nie ma biegłych w danej specjalizacji na liście. Mądry sędzia najpierw dzwoni i pyta, czy biegli akta wezmą i ile wydanie opinii zajmie. Unika się w ten sposób sytuacji, że po wysłaniu do biegłych akta wracają po 2-3 miesiącach z informacją, że biegli mają za dużo pracy i opinii nie przygotują, czas zmarnowany i trzeba szukać dalej.
c) no cóż
d) kolejne – no cóż
2. Podciągnę to pod organizację pracy sędziego. Znam takich, którzy na pierwszej rozprawie razem z pełnomocnikami wyciągają kalendarz i ustalają terminy – przynajmniej te związane z przesłuchaniami świadków. W ten sposób unika się rozprawy raz na kwartał, albo raz na pół roku (Warszawa). Unika się w ten sposób przesuwania terminów na wniosek – bo inna rozprawa, bo konferencja, bo cośtam…. Niestety tak prowadzących proces sędziów mogę policzyć na palcach jednej ręki.
3. W przypadku procesów medycznych – dotyczy to głównie placówek publicznych nastawienie na mediację praktycznie nie istnieje. Po co płacić szybciej (choć mniej), lepiej po siedmiu latach stawkę poczwórną + odsetki. Pacjenci i tak będą się leczyć bo nie mają wyboru. Uderza to głównie w powodów – pacjentów wymagających np. dalszego leczenia czy rehabilitacji (bo sąd nie zabezpieczy pieniędzy na leczenie na czas procesu).

Uważam, że procesy medyczne mogą trwać krócej – przy sprawnej organizacji procesu i zmianie nastawienia stron procesu (rozpropagowanie mediacji i szkolenia mediacyjne dla prawników).

Odpowiedz

m.koenner Marzec 5, 2013 o 23:36

Jak rozumiem, to cenne uwagi dla sędziego (a sam nim kiedyś byłem). Tylko kto ma czas na takie sprawy w polskim sądzie? Można też obdzwonić każdego biegłego i nikogo nie znaleźć. Ale oczywiście z większością uwag się zgadzam. Z wyjątkiem punktu 3 – uważam, że w naszym systemie mediacja jest stratą czasu. I nie tylko z powodu złego nastawienia placówek publicznych (czy innych). Rozumiem, że często z punktu widzenia oceny należytej staranności zarządzającego lepiej proces przegrać – w wyniku rozstrzygnięcia sądu (który przecież i tak nie musi mieć racji) – niż narazić się na zarzut, że nie zrobiło się wszystkiego w celu obrony własnych interesów. Myślę jednak, że brak kultury negocjacji to problem szerszy. A poza tym brakuje mi często takiej zwykłej dyskusji o sprawie między pełnomocnikami a sędzią – jak w tych gabinetach amerykańskich sędziów. Dużo mogłoby to zmienić z punktu widzenia lat procesu.

Odpowiedz

Joanna Lazer Marzec 5, 2013 o 23:36

Intrygujące zakończenie 🙂 ale jedak rozsądne wymiary czasowe procesu by nie zaszkodziły, szczególnie że często w sprawch medycznych pacjent/powód może nie dożyć wyroku I instancji nie mówiąc o II. I co mu po długim, nawet super sprawiedliwym procesie, jeśli nie ma środków fin. na leczenie albo komfort godziwego umierania ? Pytanie pewnie bez odpowiedzi. A czy możesz trochę rozwiązać wątek „systemu negocjacji przedsądowych” ? Da się coś przełożyć na nasze realia ?

Odpowiedz

m.koenner Marzec 9, 2013 o 14:42

Nie mam szczegółowej wiedzy na temat tego systemu. Chodzi mi o całokształt działania przedprocesowego. U nas mało kto wierzy w rozmowy zanim pójdzie do sądu, bo: 1) nie ma skłonności do kompromisu, nie ma kultury negocjacji; 2) jak już napisałem w komentarzu – osoba zarządzająca często nie może sobie pozwolić na ugodę, bo wówczas grozi jej zarzut nienależytej staranności o interesy swojej firmy. Pewnie na ten temat więcej mogliby powiedzieć fachowcy od mediacji, ale samo to, że jest ona prawie martwa, też o czymś świadczy.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: