Słowa tej piosenki znamy wszyscy.

No i proszę – Polskie Towarzystwo Komunikacji Medycznej zadało mi kilka pytań, a wśród nich takie:

„Czy powiedzenie przez lekarza słowa „przepraszam” bez innego określania przez niego sprawczości błędu medycznego może być uznane przez polski sąd jako przyznanie się do winy?”

Warto wiedzieć, że w czasach średniowiecza przyznanie się do winy w sprawach karnych było „królową” dowodów („confessio est regina probationum”) – ale od tego czasu sporo się zmieniło. 

We wszelkich postępowaniach sądowych (tak karnych, jak i cywilnych) liczy się całokształt dowodów – nie będzie decydujący ani pojedynczy dokument ani zeznania „kluczowego” świadka, a opinia biegłego wydawana jest w oparciu o cały zebrany już materiał.

Na marginesie dodam: dosyć często ostatnio spotykam się z nagraniami dokonanymi potajemnie przez pacjentów, na których to nagraniach lekarze w bardziej lub mniej zdecydowany sposób przyznają się do winy – to utrudnia obronę, ale też jej nie przekreśla.

Zatem odpowiadając na to pytanie, nie da się uciec od standardowego „to zależy”.

Odpowiedź ta zależy bowiem od dwóch elementów:

  1. momentu i
  2. formy wypowiedzi.

Ad 1. Moment

Co do momentu, to zawsze rekomenduję lekarzowi w ramach obrony, żeby nie przyznawał się do winy nawet w sytuacji, gdy czuje, że jest ona ewidentna.

Stan tzw. obiektywnej prawdy jest obcy prawnikowi procesowemu 😉 Warto zapewniać pacjenta, że cała sytuacja zostanie lub jest już wyjaśniana, że wymaga weryfikacji i sprawdzenia itd. itp.

Tak można robić aż do momentu, gdy naprawdę stwierdzimy, że trudno się wybronić – ten moment następuje (uwaga!) albo pod koniec procesu sądowego albo przed samym zawarciem uzgodnionej już treści ugody (sądowej lub pozasądowej lub przedsądowej).

Ad 2. Forma wypowiedzi ustnej

Oczywiście nic na piśmie.

A co do formy wypowiedzi ustnej – zawsze wskazana jest empatia – nie trzeba od razu przyznawać się do winy, ale  trzeba wyrazić (autentyczne) współczucie. „Pełne” przeprosiny są dopuszczalne z punktu widzenia procesualisty dopiero w momencie, o którym napisałem wyżej.

Następnie odpowiedziałem na kolejne pytanie PTKM.

a. Zatem przyznanie się do błędu przez lekarza po sytuacji zaistnienia błędu na następnej wizycie lub bezpośrednio po może stać się dla sądu orzekającego w sprawie jednoznacznym i mocnym dowodem na winę lekarza, ale konieczne są inne dowody „potwierdzające” to przyznanie się.

b. W przypadku zanegowania przez lekarza jeszcze bardziej istotne będzie, co wynika z pozostałego materiału dowodowego, czyli np. z dokumentacji medycznej.

c. Zamiast „przepraszam” lepiej użyć zwrotów: „Bardzo mi przykro”, albo „Bardzo Pani współczuję” – niż poprzez słowo „przepraszam” sugerować choćby swoją winę.

d. Uparte nieprzyznawanie się do winy może mieć wpływ na wysokość kary, gdyż będzie uznane, w szczególności w postępowaniu karnym, za brak skruchy sprawcy, czyli brak wyrażenia żalu w sytuacji oczywistego już przesądzenia winy lekarza. Natomiast w sprawie cywilnej ma to mniejsze znaczenie, bo nie wpływa na wyrok samo zachowanie się na rozprawie, ale zachowanie się lekarza podczas i po leczeniu. Generalnie ciężar oceny dotyczy bardziej tego, czy lekarz zaopiekował się pacjentem po feralnym zabiegu czy operacji, niż tego, czy się przyznał lub nie do winy (ma to zresztą znaczenie również w sprawach karnych).

W końcu padło jeszcze jedno ważkie pytanie:

Czy samodzielne przyznanie się lekarza pacjentowi do błędu (na następnej wizycie lub bezpośrednio po ) i próba odwrócenia negatywnych skutków błędu może być traktowana jako łagodzące wyrok?

W tym pytaniu zawarte są jednak dwie różne kwestie:

  1. przyznanie się do błędu zaraz na następnej wizycie czy po zdarzeniu – nie jest konieczne dla złagodzenia oceny lekarza (też w tym aspekcie może się mylić przecież, a potem przemyśleć swoje działanie);
  2. próba odwrócenia negatywnych skutków – to natomiast jest bezwzględnym obowiązkiem lekarza; brak udzielenia pomocy może być wręcz kwalifikowane jako odrębny czyn i kwalifikowany łącznie bądź jako okoliczność dodatkowo obciążająca. Ta kwestia ma też duży wpływ na ocenę rozmiaru krzywdy, jakiej doznał pacjent, dokonywaną z kolei w procesie cywilnym.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: kontakt@kancelaria-koenner.pl

Jak donosi portal prawo.pl Rzecznik Praw Pacjenta skierował do Izby Cywilnej Sądu Najwyższego pytanie:

Czy sąd może zobowiązać pozwaną placówkę medyczną do zwrotu wszystkich kosztów procesu o zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta?

 

Owszem, na podstawie art. 100 zd. 2 kodeksu postępowania cywilnego:

sąd może włożyć na jedną ze stron obowiązek zwrotu wszystkich kosztów, jeżeli określenie należnej sumy zależało od oceny sądu.

W mojej ocenie jednak to pytanie jest niepotrzebne, a wykładnia wydaje się być oczywista. 

 

Rzecznik wskazał na rozbieżności w orzecznictwie w tej kwestii, podając przykłady 20 orzeczeń.

Zdaniem Rzecznika: „osobie występującej z żądaniem zasądzenia zadośćuczynienia trudno jest, z powodu ogólnych kryteriów ustalenia, precyzyjnie określić wysokość należnego świadczenia, bez narażenia się na błąd, choćby nawet próbowała posiłkować się analizą podobnych spraw. Analiza wyroków sądowych pokazuje wyraźne dysproporcje w wysokości przyznawanych zadośćuczynień w podobnych sprawach.”

No właśnie.

Czy rozbieżności dotyczą dysproporcji w wysokości przyznawanych zadośćuczynień (z czym bym się zgodził), czy dotyczą odmiennego stosowania przytoczonej wyżej normy zawartej w art. 100 zd. 2 in fine k.p.c.?

Najbardziej logiczne wyjaśnienie stosowania tej normy wskazał Sąd Apelacyjny w Poznaniu (postanowienie z dnia 11 października 2012 r.; I ACz 1643/12, LEX nr 1220601), który wskazał, że:

Niedopuszczalne jest przerzucanie na drugą stronę procesu ryzyka związanego z błędną oceną przez powoda przysługującego mu roszczenia. Stąd też włożenie na jedną ze stron obowiązku poniesienia kosztów w myśl art. 100 k.p.c. nie może wynikać jedynie z zasad słuszności. Zasady te leżą u podłoża wszystkich zasad rozdziału kosztów procesu. Kryterium słuszności nie może być wykorzystywane jako pretekst do odstępowania od dokładnego, stosunkowego, rozdzielania kosztów między stronami. Konieczne jest w takim wypadku uwzględnienie wszystkich okoliczności sprawy, w tym również ostatecznego wyniku postępowania.”

 

Dodam, że przecież każdy składający pozew może ograniczyć swoje żądanie, a następnie już w toku procesu je podwyższyć – stosownie do rozwoju sytuacji. Wciąż jednak powinien sam ponosić ryzyko błędnej oceny szans wygranej.

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: kontakt@kancelaria-koenner.pl

Zdajesz sobie na pewno sprawę z tego, że pacjent wchodząc do Twojego gabinetu czy wchodząc do szpitala, zawiera umowę.

Płatnicy w tych relacjach mogą być różni, ale zawsze zawierana jest umowa o świadczenie usług zdrowotnych.

Dlaczego w takim razie w zdecydowanej większości przypadków roszczenia kierowane do lekarzy i szpitali i ich ubezpieczycieli, oparte są na odpowiedzialności z tytułu czynów niedozwolonych, czyli na delikcie?

Otóż pacjent ma prawo wyboru tytułu tej odpowiedzialności.

A w przypadku żądań opartych na delikcie mają szerszą paletę żądań. Mogą żądać nie tylko odszkodowania, ale i zadośćuczynienia.

Zdarza się w procesach medycznych, że powód dopiero po wyraźnym zapytaniu sądu, dookreśla tę podstawę.

Warto tego przypilnować, żeby wiedzieć, w jaką stronę musi pójść obrona.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: kontakt@kancelaria-koenner.pl

Jest zgoda czy jej nie ma

Marek Koenner28 lutego 2019Komentarze (0)

„Panie Mecenasie, przecież jak pacjent wyszedł ode mnie z gabinetu i wykupił receptę, to chyba oczywiste jest, że wyraził zgodę na leczenie?” – takie to pytanie zadał mi jedna Pani Doktor na szkoleniu.

Czy Pani Doktor ma rację? Co do zasady tak 😉

Wciąż bowiem mylimy jedną sprawę, a naprawdę warto odróżnić:

sam FAKT złożenia oświadczenia przez pacjenta o wyrażeniu zgody na leczenie od jego FORMY.

Otóż zgoda może przybrać formę:

  • dorozumianą – to właśnie o takiej zgodzie mówiła Pani Doktor, czyli przez zachowanie, przez samo wejście do gabinetu, poddanie się badaniu, następnie wykonaniu zaleceń – pacjent wyraża zgodę na leczenie;
  • ustną – jak to jest u stomatologa, który po zrobieniu planowego leczenia zadaje ulubione nasze pytanie: „O, w dolnej lewej 6-ce coś jeszcze widzę – to jak Panie Marku – robimy?” I wtedy pada ustna, aczkolwiek może nie w pełni precyzyjna odpowiedź: „Tak” – to właśnie zgoda ustna (oczywiście pytanie, czy na pewno w pełni świadoma 😉
  • pisemną – kojarzymy ją z dokumentem, na którym widnieje podpis (dokonany jakimś atramentem, długopisem lub piórem) pod treścią oświadczenia o zgodzie na leczenie (oczywiście poprzedzonego informacją udzieloną przez lekarza).

A czy wiesz, że możesz też złożyć zgodę w formie maila? Albo smsa? – to tzw. forma dokumentowa. Bardzo często można z niej skorzystać.

Dlatego, że pisemną zgodę musisz odebrać tylko wtedy, gdy ma być przeprowadzany „zabieg operacyjny” (cytuję, bo dla lekarza jest albo zabieg albo operacja – więc jesteśmy tu bliżej operacji na pewno) albo gdy leczenie lub diagnostyka stwarza „podwyższone ryzyko” (cokolwiek to znaczy – postaram się jakoś to wyjaśnić później).

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: kontakt@kancelaria-koenner.pl

Serdecznie zachęcam do podjęcia studiów podyplomowych w Collegium Civitas wszystkich tych, którzy chcą nauczyć się, poszerzyć swą wiedzę czy zdobyć kolejne doświadczenie w zakresie zarządzania prywatną placówką medyczną.

Miałem zaszczyt znaleźć się w gronie świetnych wykładowców. 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: kontakt@kancelaria-koenner.pl