Estetyka czy leczenie

Marek Koenner25 kwietnia 2017Komentarze (0)

To niezwykle ciekawe rozróżnienie rozpala emocje. Niektórzy w tej dyskusji posuwają się bardzo daleko. Formułowane są wręcz groźby dotyczące odpowiedzialności karnej, bo przecież „tylko lekarz może przekroczyć barierę skórno-naskórkową„.

Powyższe twierdzenie nie ma jednak żadnego oparcia w stanie prawnym!

Wiele osób zadaje sobie pytanie: skąd wzięła się rozpowszechniona wiedza na temat legendarnego przekroczenia tej bariery 0,3 mm? Tego nie wiadomo.

Do tego dochodzi niejednokrotnie płynna granica między leczeniem, które zawiera w sobie elementy estetyki, a działaniami wyłącznie estetycznymi.

Próbę naukowej systematyzacji tego problemu przedstawiła R. Kędziora (Odpowiedzialność karna lekarza w związku z wykonywaniem czynności medycznych, Wolters Kluwer, 2009) dzieląc zabiegi na:

  1. Zabiegi kosmetyczno-lecznicze zmierzają nie tylko do poprawy wyglądu, ale również do usunięcia anomalii fizycznych pierwotnych bądź będących skutkiem choroby, np. blizny, zmiany chorobowe skóry, urazy, następstwa innych zabiegów leczniczych. Są one jednocześnie zabiegami leczniczymi, cechuje je często cel terapeutyczny.
  2. Zabiegi kosmetyczne sensu stricto nie są natomiast zabiegami leczniczymi i mają na celu jedynie poprawę urody i wyglądu, czyli wykonywane są wyłącznie ze względów estetycznych.

W praktyce może się zdarzyć, że podział ten nastręczać będzie trudności. Ale co do zasady będzie to problem lekarza.

Bo kosmetolog nigdy nie leczy, a jedynie podejmuje się zabiegów estetycznych na swoich klientach. Do tego niezbędna jest rzetelna wiedza medyczna. Jednak nie zmienia ona charakteru zabiegu.

Toczy się niezwykle ciekawa i ostra dyskusja wokół pomysłów MZ na nowe standardy okołoporodowe. I chcę na wstępie zaznaczyć, że nie jest moją intencją wchodzenie na pole dyskusji politycznej.

Rządy tzw. dobrej zmiany doprowadziły niestety do tego, że temat, który powinien być kompletnie na uboczu polityki, stał się polityczny, a nawet – co zawsze dzieje się ze szkodą dla medycyny jako dziedziny nauki – ideologiczny.

Bo gdzie leży problem?

Pod poprzednim moim wpisem na ten sam temat jedna z Pań napisała, że cała ta sytuacja oznacza dla niej, że nie czuje się bezpieczna. Co więcej – czytam w mediach, że teraz zastosowanie określonego sposobu leczenia, będzie zależało od konkretnego lekarza.

No ale czy dotychczas przeprowadzenie porodu nie zależało od decyzji lekarskiej? Czy w sytuacji konkretnych wskazań lekarz ma wybór jak postąpić?

Albowiem wybór ten zawsze zależy od stanu aktualnej wiedzy medycznej!

Wyjaśnijmy ponownie odwracając – przyjmowany często błędnie – tok rozumowania. Otóż, jeżeli nowe standardy medyczne okażą się niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, to działanie lekarza wbrew EBM (czy po polsku AWM) będzie mogło być uznane za prawidłowe? I czy obroni się w ewentualnym procesie?

Otóż nie! 

A teraz przytoczę tezę wyroku SN z dnia 27 kwietnia 2012 r. (V CSK 142/11) odwołującą się co prawda do nieobowiązującej już ustawy o zoz-ach, ale wciąż moim zdaniem aktualną.

Mianowicie SN prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom wiedzy medycznej, uzasadnia oczekiwanie pacjenta, że zastosowane wobec niego metody lecznicze i diagnostyczne, odpowiadające związanym z tym potrzebom, będą oparte będą na sprawdzonych i aktualnych metodach, będą więc świadczeniami odpowiedniej jakości.

Jakość rozumiemy tu zatem jako określony, zgodny z aktualną wiedzą medyczną, standard leczenia. Nie jako standard zapisany w jakimkolwiek akcie prawnym – wyższego czy niższego rzędu.

Ponadto zdaniem SN ochrona prawna […] obejmuje […] także naruszenie prawa do właściwego standardu opieki medycznej mogące wywoływać u pacjenta ujemne doznania psychiczne, dyskomfort, utratę zaufania do leczących, nawet jeśli nie spowodowało szkód medycznych. Do przyznania zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta nie jest konieczne spełnienie przesłanki szkody na osobie, może być ono przyznane za sam fakt naruszenia i nie jest zależne od jednoczesnego wystąpienia takiej szkody.

Standard w tym wypadku rozumiemy jako określony poziom świadczonych usług, za który choćby w szpitalu, nie jest odpowiedzialny wyłącznie lekarz, ale cały personel medyczny i administracja szpitala z jej dyrekcją (zarządem) na czele.

Niemniej dotykamy tu już zupełnie innego problemu: dostępności metod, w tym najnowszych metod leczniczych. Można powiedzieć, że w danej organizacji lekarz ma obowiązek zapewnienia maksymalnego poziomu leczenia, na ile jest to wykonalne. Jeżeli nie jest, to musi sobie odpowiedzieć na pytanie: czy chce w takich warunkach leczyć? Czy chce w ten sposób leczyć?

Czy komentujący szeroko i ostro decyzje Ministra akurat w tej sprawie naprawdę uważają, że można zadekretować decyzję lekarza w nietypowej, trudnej sytuacji medycznej?

Dlatego za słuszne należy uznać, że to medyczne towarzystwa naukowe powinny decydować o kształcie wytycznych medycznych.

A o standardzie opieki w zakresie pozamedycznym oczywiście może decydować Minister. Ale to już jest polityka.

Podsumowując: jeżeli rzeczywiście prof. Chazan będzie miał wpływ na kształt standardów okołoporodowych i okaże się, że nie spełniają one standardów europejskich w zakresie medycznym, to lekarz nie będzie mógł powołując się na nie, zwolnić się z odpowiedzialności.

Państwo bezprawia PiS

Marek Koenner04 marca 2017Komentarze (0)

Muszę się z czegoś wytłumaczyć. Swego czasu dokonałem wpisu o końcu państwa prawa. A następnie go usunąłem. I bynajmniej nie ze strachu, że część potencjalnych klientów odwróci się od mojej kancelarii. Uznałem po prostu, że nie jest to właściwe miejsce. No bo blog o prawie medycznym w końcu powinien dotyczyć kwestii merytorycznych, prawda? A jeżeli już nie w ścisłym znaczeniu, to jednak jakoś z nimi powiązanych.

Ale dzisiaj, kiedy dokonuje się kolejny akt rozwalania państwa prawa. Kiedy atakuje się sądy. W sposób prymitywny i prostacki. Nie można już tego przemilczeć.

Zresztą również lekarze (i biznes medyczny) też to czują. Kiedyś (choć nie tak dawno) sprawa dr Mirosława Garlickiego. Cała skandaliczna sprawa prof. Dariusza Dudka z Krakowa.

Co chwila spotykam się ze sprawami prowadzonymi przez prokuratorskie komórki do spraw błędów medycznych.

Do tego padają propozycje nienaukowych rozwiązań w medycynie formułowane w MZ. I jeszcze karanie 25-letnią odsiadką za fałszerstwa w VAT.

Populizm i demagogia.

I mimo, że z radością obserwuję poparcie zdecydowanej (chyba) większości środowisk profesjonalnych prawników, dla obrony Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, i niezależnego i niezawisłego sądownictwa (mimo wszystkich jego wad), to z drugiej strony wciąż spotykam a to  na Facebooku, a to w realu, osoby z tytułami zawodowymi, których poglądy są bliskie nowej władzy.

Prawdę mówiąc, nie chcąc ich obrażać, nie mam odpowiedzi na pytanie: jak można? Jak można nie rozumieć tej propagandy? Jak można nie rozumieć, że właśnie od tego – że inaczej traktowany jest członek władzy i rządzącej partii lub jego znajomy niż każdy inny obywatel – się niedawno (bo zaledwie 28 lat temu) uwolniliśmy.

Jak można nie rozumieć, że pomimo wielu niedoskonałości i wad, ten system działa!

Niedawno na jednej z konferencji przysłuchiwałem się propozycjom MS w zakresie zmian w procedurze cywilnej. I duża część z nich była naprawdę sensowna. Ale oznaczała jedno: więcej swobody dla sędziego. A jak można dać więcej swobody bez zaufania i bez budowania autorytetu sędziego?

Nie da się zbudować sprawnego państwa bez niezależnych i niezawisłych sądów!

Jedna osoba (skądinąd ciekawe jest to obserwować na własne oczy – tak budował się faszyzm i komunizm; nic nie zmieniało się w 1 dzień, w 1 miesiąc, a nawet w 1 rok) nie może decydować o kształcie prawa, instytucji i systemów w państwie. Ani w ochronie zdrowia ani w wymiarze sprawiedliwości.

GIODO ogłosił, że w 2017 roku przeprowadzone zostaną kontrole m.in. podmiotów leczniczych.

Wprowadzane (i korygowane) przez Kancelarię procedury zapewniają również bezpieczeństwo prawne w zakresie ochrony danych osobowych.

Burza o standardy okołoporodowe

Marek Koenner13 grudnia 20167 komentarzy

Odnosząc się do medialnej burzy wokół tematu „rezygnacji przez Ministerstwo [Zdrowia] z wyznaczania rozporządzeniami reguł postępowania medycznego” (o czym donosi red. Anna Dobrydnio na portalu wyborcza.pl), muszę (chyba po raz pierwszy) stanąć w obronie Ministra Radziwiłła.

Postulat, żeby wytyczne (standardy) leczenia, wróciły na właściwe miejsce, a zatem rekomendacji ustalonych zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, które stanowią guidelines, nie zaś rules, jest ze wszech miar słuszny i rozsądny.

Lekarz musi i tak kierować się wytycznymi, bo stosując się do nich unika ryzyka zarzutu, że działał niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną, który stanowi główną podstawę błędu w sztuce lekarskiej.

Niemniej w pracy każdego lekarza zdarzają się sytuacje, gdy dla dobra pacjenta, konieczne jest wyjście poza standard leczenia. (Abstrahuję tu od całej sfery medycyny, gdzie w ogóle te standardy trudno wyznaczyć.)

Nie możemy uznawać, że lekarz niejako z automatu łamie prawo, gdyż nie zastosował się do wytycznych, które stanowiły integralną część rozporządzenia Ministra Zdrowia. Takie podejście do systemu prawa i do wytycznych towarzystw naukowych było niewłaściwe i bardzo dobrze się dzieje, że obecne Ministerstwo od tego odchodzi.